Słoneczna niedziela okazała się być bardzo trafionym dniem na realizację pomysłu integracji warsztatowiczki tegorocznej z warsztatowiczkami przeszłymi.
Kierunek Bielsko-Biała i 6. FotoArtFestival. Koleje Śląskie nas pospiesznie wiozły a my starałyśmy się uszczęśliwić pasażerów rozmowami o obiektywach, krzywych kadrach, trójkątach i przyszłych plenerach. Po dotarciu na miejsce obranym kierunkiem pierwej była kawa. I gdyby nie fakt, ze to Fotofestival był naszym celem to mogłybyśmy w kawiarni pozostać do wieczora, znokautowane obłędnym crumble z lodami.
Niemniej jednak udało nam się zebrać kupry i na pierwszy strzał poszła wystawa Nabrdalika. Szkoda, że tak kiepsko oświetlono jego zdjęcia. Ale sam fotoreportaż smakowity.
Po sąsiedzku wisiał sobie Chris Rain. I on, dwie z naszej czwórki porządnie trzepnął po łepetynie. Polecamy!
Po Chrisie zdecydowanie potrzebny był nam oddech, dlatego też postanowiłyśmy oko zawiesić na pejzażach Burdeny`ego. Ach!
Długi spacer do kolejnego obiektu wystawowego umożliwił nam kolejne chwile na plotkowanie i opowiadanie historyjek warsztatowych. Troszku nas jednak wbiło w ziemię, gdy nasze oczy ujrzały galerię handlową (!). Festiwal i galeria? (yyyy) Szczęście, że wystawy, które tam wisiały były świetne, bo pozostałby nam tylko niesmak i złe wrażenie.
Super było poobcować z Horvathem.
Ale największe wrażenie na całej naszej czwórce zrobiła wystawa Iriny Popovej. I kadry, i temat. I tę wystawę wszystkim planującym wycieczkę do Bielska polecamy najszczególniej.




Kilka słów komentarza ode mnie: 1) Popova zdecydowanie wygrała – jej wystawa porusza i szokuje, nie można przejść obok niej obojętnie, 2) bardzo podobały mi się kadry Horvatha – dopatrzyłam się ilustracji rodem z książek Stephena Kinga Emotikon :), 3) crumble było rzeczywiście nieprzyzwoicie pyszne ;)